Robić Swoje

„Proszę przyciskać”

„Proszę przyciskać” to wydrukowana i olaminowana instrukcja obsługi kranu w pewnej publicznej toalecie. Doceniam takie bezpośrednie wskazówki, ponieważ często zdarza mi się machać dłońmi i oglądać ze wszystkich stron nowoczesne cuda techniki, naciskając nie tak mocno lub nie to miejsce, co trzeba, zanim uzyskam pożądany efekt w postaci upragnionej wody. Też tak macie? Niby automatyzacja, niby wzorowa czystość, ja jednak śmiem zapytać dlaczego na kranie bezdotykowym jest więcej odcisków palców niż na brzuchu figurki Buddy 😀 Ale nie jest to wpis o BHP.

Widząc ten napis, zastanowiłam się, jak to jest w życiu z tym przyciskaniem? Otóż odnoszę wrażenie, że akurat o przyciskanie życiowe nie muszę się specjalnie prosić. Czasem mi się wręcz wydaję, że chodzę z niewidoczną dla mnie kartką na głowie, która ma dokładnie ten sam napis. „Proszę przyciskać”. Jestem przyciskana z każdej strony, czy tego sobie życzę, czy nie. Kup to (czego nie potrzebujesz i z czego nie skorzystasz), zrób to (bo ja wiem, co jest dla Ciebie lepsze), uważaj na to (bo ja kiedyś się sparzyłam, więc teraz ostrzegam cały świat), nie oglądaj (konkretna stacja telewizyjna), nie wierz (nazwa religii), uprawiaj (nazwa konkretnego sportu, bo ten najlepszy), nie jedz (glutenu, owoców, bo mają za dużo cukru itp.). Generalnie stały nacisk i bezustanne polecenia. Nie proszę o nie, a jednak je dostaję. Mistrzem, od którego wszyscy powyżsi „przyciskacze” winni się uczyć (i z pewnością to robią) jest telewizja, która przyciska mnie, abym ciągle się bała, bo NIGDZIE nie jest bezpiecznie. Statystyki proszę, statystyki, a wtedy porozmawiamy o bezpieczeństwie.

Ja natomiast, wbrew powyższemu, całkiem nawet lubię być przyciskana. Zdziwieni? Już wyjaśniam. Mój entuzjazm ma miejsce wyłącznie wtedy, kiedy sama wybieram moich „przyciskaczy”. Jednym z nich był jakiś czas temu mój trener personalny. Potrafił dość mocno dać mi do zrozumienia, że „nie umieram” i stać mnie na jeszcze jedną serię powtórzeń. Ocena sytuacji mojego stanu zdrowia wygląda kompletnie inaczej, gdy ćwiczę sama. Zacznijmy od tego, że muszę najpierw na tę siłownię dotrzeć, ale niestety wszystko jest absolutnie ważniejsze w tym momencie.  Gdy już ten cud się wydarzy, po piątym powtórzeniu stwierdzam, że zaraz wyzionę ducha, więc należy zrobić przerwę i dać mięśniom odpocząć. Mój trener miał inne zdanie na ten temat… i zawsze miał rację.

Zaobserwowałam więc, że dobrze jest pozwolić na przyciskanie dobrym nauczycielom – trenerom, mentorom, autorom ciekawych książek, czy po prostu przyjacielowi, który widzi szerszą perspektywę. Oni wierzą, że jesteśmy w stanie zrobić więcej, aby być w tym miejscu, do którego jest nam tak spieszno i zazwyczaj mają rację. Są upierdliwi, popędzają, motywują, wkurzają nas, ale na końcu mamy ochotę ich ozłocić, ponieważ bez ich nacisku efekty naszych starań byłyby mizerne. Znacie takie przypadki?

Generalnie tak sobie myślę, że pomimo tego, iż tak wiele osób daje sobie prawo do przyciskania nas, to my mamy ostateczny wybór komu na to pozwalamy. Czy będą to reklamodawcy? Nie? To po co oglądasz reklamy? Czy będą to politycy? Nie? To po co oglądasz wiadomości? Czy będą to zaburzeni emocjonalnie twórcy filmów? Nie? To po co oglądasz nafaszerowane nienawiścią i przemocą nagrania?

No już chyba lepiej, żeby byli to wizjonerzy, odkrywcy, i inne autorytety w dziedzinach, które nas pasjonują. Niech oni wywierają nacisk na nasze mózgi i nasze filtry, przez które odbieramy świat. Myślę sobie, że tak jest chyba po prostu lepiej i rozsądniej. W innym wypadku wszyscy pozostali z łatwością sterują naszymi emocjami, myślami i życiem. Bo jeżeli słyszysz coś wiele razy, to zazwyczaj w końcu ulegasz i w to wierzysz. Czy sobie tego w głębi siebie życzysz, czy nie. To komu na to pozwolisz?

Marta Chłodnicka

4 komentarze

Most popular

Skontaktuj się ze mną!
%d bloggers like this: